Pamiętnik 2021

2021-01-03 / Dzienniki

Pamiętnik 2021

Rok 2021
Sylwestra spędziliśmy, po raz pierwszy od 20 lat sami w domu, ale elegancko i na stole i w odpowiednich strojach. Fason trzeba trzymać w każdej sytuacji.

 

Pracuję nad wspomnieniami absolwentów mojego, I Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Łodzi i przy okazji zawieram nowe sympatyczne znajomości. Dla przykładu światowej sławy bas-baryton Tomek Konieczny, wpływowy biznesmen z Palm Springs Krzysztof Jamroz, mistrzyni Europy w slalomie gigancie Madzia Łuczak – matura 2020. Itd.itp.
Bez względu na wiek wszyscy jesteśmy kolegami, ba kumplami, bo taki to urok naszej budy, że jej absolwenci wzajem się wspierają, wzajem sobie pomagają.
Skończyłem też dwie inne pozycje rozważania o pracy z profesorem Krzysztofem Opolskim: „Po co nam praca” i wspomnienia Andrzeja Witkowskiego, przyjaciela, wieloletniego prezesa Polskiego Związku Motorowego – „Chłopak z Zawiercia”.
W końcu wiosna. Po dość trudnej, mroźnej i śnieżnej zimie przyszła 21 lutego.
Wcześniej otwarto kina i teatry. Od razu poszliśmy do Muranowa na „Palm sprinds” dość dziwną i głupawą komedię amerykańską i do Teatru Ateneum na „Kwartet”. Wcześniej obejrzałem znakomity film na podstawie sztuki Ronalda Harwooda, która była wystawiana na londyńskim West Endzie w okresie od września 1999 do stycznia 2000 roku. Filmowy Kwartet jest reżyserskim debiutem Dustina Hoffmana.
Beecham House to luksusowy dom spokojnej starości dla muzyków. Co roku jego mieszkańcy w urodziny Giuseppe Verdiego przygotowują uroczysty koncert. Tym razem wieczór musi przynieść dochody, bo ośrodkowi grozi likwidacja. Śpiewacy zapraszają, więc Jean (Maggie Smith), wielką operową diwę. Ekscentryczna artystka słynie z trudnego charakteru, na dodatek była kiedyś żoną jednego z rezydentów, Reginalda (Tom Courtenay), z którym nie rozstała się w przyjaźni. W finałowym kwartecie mają z nimi wystąpić lubieżny Wilfred (Billy Connolly) i jego przedmiot pożądania, zapominalska Cissy (Pauline Collins). I występują. A w Ateneum? Koncertowo zagrali Magada Zawadzka, Krzysztof Tyniec, Krzysztof Gosztyła i Marzena Trybała. 
Warto było.
Potem były „Trzy siostry” w Narodowym, w reżyserii Jana Englerta. Nie warto było. Podobnie rzecz się ma ze spektaklem „Loretta” George F. Walkera. Wedle zamysłu autora tytułowa bohaterka, Loretta, marzy o niezależności. Na jej drodze do wolności stają: Rosjanka Sophie, niedoszły producent filmów porno Michael i zakochany w niej Dave. Na tle groteskowej historii młodej dziewczyny przybywającej z prowincji do dużego miasta, kanadyjski autor, George F. Walker, prowadzi rozważania o moralnym relatywizmie oraz ucieczce od odpowiedzialności. 
Niestety, po prostu wieje z tekstu banałem. Aktorzy para amatorskiego zespołu „Parabuch” Ryszarda Jakubisiaka zagrali świetnie, jak na tak marny tekst,
A poza tym… pandemia, pandemia, pandemia. Czasami się ciut urywamy. Ostatnio do Olsztyna na spotkanie z Agatą i Krzysiem Wasiakami poznanymi trzy lata temu na Mauritiusie. Stary Olsztyn miły, a okolice godne pozazdroszczenia przez mieszkańca Warszawy czy Łodzi, no i Kopernik

I… trochę gram w reklamach. Jak przystało na okres pandemii, reklamuję maseczki i lek antyalergiczny, tudzież świąteczne produkty z Biedronki.

I wreszcie najważniejsze! Jestem dwukrotnie zaszczepiony przeciw Covid 19. Kosztowało mnie to podróż do szpitala w Siedlcach raz i drugi, ale mam to za sobą. Czy uchroni mnie przed wirusem? Zobaczymy.
Jednak już zdecydowaliśmy się wyruszyć na wakacje. Kierunek Gran Canaria. Pełne słońce, baseny, morze i wycieczki. Wszyscy w maseczkach, ale wszystko tez otwarte, nawet kawiarnie i restauracje na zewnątrz. Cóż za ulga. Czułem si odrobinę tak, jakbym się wyrwał z jakiegoś getta. Z całą pewnością wrócimy na Kanary na dłużej.


W Polsce wiosna przychodzi wolniutko.

Maj 2021
Pandemia powoli odpuszcza, miejmy nadzieję. Ludzie chcą wracać do normalności. Trochę to przypomina koniec wojny, kiedy wracano z różnych stron w swoje kąty. Jak pisał Leopold Staff
Będziemy znowu mieszkać w swoim domu,
Będziemy stąpać po swych własnych schodach.
Nikt o tym jeszcze nie mówi nikomu,
Lecz wiatr już o tym szepcze po ogrodach.

Nie patrz na smutnych tych ruin zwaliska.
Nie płacz. Co prawda, łzy to rzecz niewieścia.
Widzisz: żyjemy, choć śmierć była bliska.
Wyjdźmy z tych pustych ulic na przedmieścia.
Co zostanie z doświadczeń pandemii? Więcej pracy, nauki i załatwiania spraw online. Jeszcze mniej spotkań towarzyskich, czyli zanik wzajemnych wizyt w domach. Oczywiście młodzi będą balowali w barach, kawiarniach i na nadwiślańskich bulwarach. Pewnie dość szybko wróci też turystka, choć może mniej intensywnie niż przed pandemią, ale z czasem… Długo nie trzeba będzie czekać sądząc po tłumach w drodze na Giewont. Znów będziemy narzekać na hordy turystów w Wenecji, Rzymie czy Barcelonie. 
Może robię się zgreda, czy jak kto woli dziaders, ale nie mogę opanować smutku zaprawionego odrobiną złości, że nikt nie interesuje się życiem starszego pana. Jeśli sam sobie nie zorganizuję dnia, tygodnia, przyjęcia kogoś lub wyjścia gdzieś, to nikt mi niczego nie zaproponuje. Nikt! Żona przyzwyczaiła się, że to ja wszystko inicjuję i tak jej wygodniej. Dzieci są tak zajęte, że nie mają czasu nawet pomyśleć o starym ojcu. Widocznie źle je wychowałem. Wnuki mają swoje sprawy i dziadek do niczego im nie jest potrzebny, no może czasami, ale bardzo rzadko. Nikt ich zresztą nie uczy szacunku czy miłości do dziadków. Pewnie gdybym sypał kasą? Ale nie zamierzam kupować miłości. 
Nie zawsze chce mi się cieszyć z życia. Czy czeka mnie jeszcze coś atrakcyjnego? To zależy co uważać za atrakcję?
Jakąś, bez wątpienia, atrakcję był nasz sześciodniowy pobyt w Czarnogórze. Kraj wielkości województwa lubuskiego, słabo zaludniony. Właściwie tylko góry i morze. Fajny, ale przereklamowany. Niedaleko od Polski, więc cieszy się coraz większym powodzeniem wśród rodaków. Turystyka jest tu podstawowym źródłem dochodu, jeśli nie liczyć wyjazdów do pracy w Niemczech. Ponoć średnia płaca to 500 euro miesięcznie, a wszędzie dużo nowych domów. 
W sobotni wieczór w hotelu Iberostar, w którym rezydowaliśmy w Becici pojawiło się nagle mnóstwo gości weekendowych. Rejestracje samochodów głownie z Bośni i Kosowa, ale jakich samochodów. Fury po kilkaset tysięcy. I to wszystko za 500 euro. Nie chciałbym tych bossów spotkać w ciemnej ulicy. Straszne twarze i wytapetowane kobiety. Dobrze, że nie było nas przez całą sobotę. Ich zachowanie, sposób bycia przypominał kiboli z Legii.
A poza tym świetny hotel, miła obsługa i ładne widoki. Mała stara Budva i czarujący Kotor. I tyle…

 

Czerwiec 2021
Oto kolejność wydarzeń.
3 czerwca wróciliśmy z Czarnogóry
6 czerwca skończyłem 73 lata. W przeddzień stosowna balanga.
10 czerwca „Don Juan” Moliera w Teatrze Areneum. Szalenie uwspółcześniony, ale jak się okazuje, bez względu na stroje, bez względu na epokę przywary ludzkie i ludzkie słabości pozostają takie same. Don Juan pod koniec staje się niemal Świętoszkiem. Na pokaz, bo tak będzie praktyczniej mamić innych.
- To nie ja to Bóg tak chciał. Niech się dzieje wola nieba z nią się zawsze zgadzać trzeba – jak mawiał polski Molier czyli Aleksander hrabia Fredo. 
Ileż to bezeceństw, ba zbrodni popełniono i popełnia się w imię Boże?!
19 czerwca „Biegnij mała biegnij” w Teatrze Nowym w Łodzi. Reminiscencje na temat burzliwego 1968 roku. Odebrałem trochę jak powrót do młodości, a trochę jak średnio udana lekcja z historii. Nierówne i poplątane. Wątki polityczne przeplatane z wyprawami w kosmos. A tak w ogóle chodzi o to by iść ciągle iść w stronę słońca. Biegnij mała, bo za chwilę nie będziesz miała sił, nie będzie ci się chciało. Niestety nie do końca wiadomo po co trzeba biec?
20 czerwca – spacer po cmentarzy żydowski w Łodzi, oprowadzani przez Patryka Robachę, świetnego przewodnika i znawcę starej Łodzi czterech kultur.

23 czerwca w kinie Muranów na przeglądzie kina francuskiego bardzo dobry film „Toast weselny” „Le Discours”
Na stronie kina napisano:
Adrien niedawno rozstał się z dziewczyną. A dokładnie to ona oświadczyła, że potrzebuje przerwy i zatrzasnęła za sobą drzwi. Kiedy więc zostaje poproszony o wygłoszenie tytułowego toastu na weselu siostry, kreśli w wyobraźni kolejne jego wersje i są to głównie scenariusze porażki. Bo co miałby powiedzieć nowożeńcom, skoro właśnie wielka miłość uciekła mu sprzed nosa? Rozpamiętując początki swojego związku i usiłując dociec, co poszło nie tak, bohater „Weselnego toastu" zerka pod stołem na telefon. Czy była odpowie na jego wiadomość? Czy da mu jeszcze jedną szansę? Tirard z humorem odmalowuje etapy budowania relacji i razem z bohaterem szuka przyczyn miłosnej klęski. A przede wszystkim sprawia, że z całych sił kibicujemy Adrienowi, gdy ów neurotyk i hipochondryk opuszcza wreszcie strefę komfortu i postanawia zawalczyć o związek.
A dla mnie to był film o bylejakości życia rodzinnego, o nudnych rodzinnych spotkaniach, o konwenansach i rytuałach, których nie znosimy, a którym się poddajemy, a już to z lenistwa, a już to z oportunizmu. Jedynie miłość może nas wyzwolić lub chociaż przyjaźń i pełne zrozumienie z drugą osobą.
Z rodziną, jak wiadomo, najlepiej wychodzi się na zdjęciu.
Inny film francuski oparty na faktach „Komedianci, debiutanci”  („Un Triomphe”) to historia o gigantycznej pracy jaką wykonuje aktor ze skazanymi w więzieniu pod Paryżem Flery-Merogis. W ramach zajęć edukacyjnych przygotowuje z nimi „Czekając na Godota” Samuela Beketta. Przedstawienie staje się sukcesem. Aktorzy więźniowie ruszają w tournée, ale natura jest silniejsza przed kolejnym ważnym występem zwiewają. Nie chcą dłużej czekać na Godota. Zrezygnowany aktor wychodzi sam na scenę i opowida o swoich przeżyciach i doznaniach podczas pracy z więźniami nad sztuką i tak powstał monodram, a następnie film. W roli głównej jak zwykle niezrównany Kad Merad, gwiazda francuskiego kina ostatnich lat przede wszystkim jako naczelnik poczty w filmie „Jeszcze dalej niż północ” _(Bienvenue chez les Ch'tis).
 Dzień później: W narodowym „Sonata Jesienna” Bergmana. Zdecydowanie wolę film. Scena ten konflikt matki i córki zubaża. Dorota Stanka pokazała cały swój kunszt aktorski w roli Charlotty, matki. Prawie zagrała się na śmierć. Nie pozostawiła widzowi minimum pola na myślenie. Bardzo dobra Zuzanna Saporznikow w roli Ewy. Dusznością wiało ze sceny i duszno było na widowni, bo upały w czerwcu niemiłosierne.
Jednak dobry tekst znaczy wiele. „Sonata Jesienna” przynajmniej zmusza do refleksji. Bardzo udana reżyseria Grzegorza Wiśniewskiego.

Jak zwykle pod koniec czerwca tańczyliśmy na warsztatach tanecznych tańca towarzyskiego. Tym razem w hali sportowej ośrodka Star Dadaj nad jeziorem Dadaj. Walc wiedeński, rumba i fokstrot. Wszystko byłoby do zniesienia gdyby nie upał. Mimo, ze sala była ogromna pot lał się z nas strumieniami. Dwa dni dochodziłem do siebie po tym ogromnym wysiłku organizmu. Oczywiście alkohol w znanym towarzystwie, też robił swoje.
Przy okazji odwiedziliśmy dwa miasteczka Barczewo i Biskupiec. Pierwsze słynne głównie z więzienia, gdzie byli osadzeni w stanie wojennym działacze łódzkiej solidarności Grzesiu Palka, Andrzej Słowik i Jurek Kropiwnicki. Miasteczko dość kiepsko zadbane bez życia. Biskupiec, natomiast wypielęgnowany. Większych atrakcji turystycznych brak z wyjątkiem… synagogi w Barczewie. Jedynej na Warmii. Różne koleje losu sprawiły, że nie została zburzona i stanowi obecnie obiekt kulturalny z pasją zarządzany przez Krystynę Szter, która jako Prezes Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego "Pojezierze" oddział Barczewo od 7 lat w ramach wolontariatu opiekuje się barczewską synagogą i barwnie opowiada o losach 111 barczewskich Żydów.
 

5 lipca. Powrót do kina. W ramach przeglądu filmów włoskich w Muranowie obejrzeliśmy najnowszą ekranizację powieści Jacka Londona „Martin Eden”. Bardzo dobrze zrobiony film przez Pietro Marcello. Osadzony we włoskich realiach pierwszej połowy XX wieku. Nie do końca jednak zrozumiałem przesłanie. Podobnie jak u Londona nie wiadomo, co w tej opowieści jest najważniejsze upór tytułowego bohatera, obłuda klas wyższych, nierówność klasowa czy amerykańskie „yes, you can”? Świetna gra Luci Marinellego.
A poza tym emocje sportowe. Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, a za chwilę Igrzyska Olimpijskie w Tokio.
Wcześniej jednak kolejne warsztaty tanga argentyńskiego w Warlitach wielkich koło Ostródy. Tamże korzystając z okazji wybraliśmy się na przejażdżkę po pochylniach na kanale ostródzko augustowskim. Ta unikalna konstrukcja hydrologiczna z przed stulecia jest dziś sporą atrakcją turystyczną, ale jazda statkiem tam i z powrotem jest po prostu nudna. Raz i wystarczy.

A po powrocie znów kino. Dziwny film argentyński „Prófugo” przetłumaczony jako „Intruz”. Nie potrafię nawet przekazać jego treści, bo bardziej działa na zmysły niż na obraz akcji. Potem równie dziwna, francuska „Anette” z Marion Cotillard. Reżyser Leos Carax dostał za ten film Złotą Palmę w Cannes. Jak coś jest udziwnione do maksimum to zdobywa nagrody, a gdy coś jest normalną leko wzruszającą opowieścią, to przechodzi bez echa. Przykładem może być film „Usłane różami” (La fine fleur). Prosta historia o obronie marzeń zwariowanej hodowczyni róż. Świetna rola Catherine Frot, której dzielnie partneruje jej mało znany, ale bardzo utalentowany Manel Foulgoc.

Byliśmy też w Och Teatrze na „Lilly” Jacka Popplewella
Kryminalna zabawa teatralna. Trup przemieszcza się, pojawia się i znika. Skomplikowana intryga, sprawiająca dużą przyjemność publiczności.
Świetna Krystyna Janda w tytułowej roli sprzątaczki. Ona jak wino im starsza, tym lepsza… ale szczep doskonały.
Byliśmy tam z Julką, moją „wychowanką”, córką mojego byłego kierowcy Andrzeja Odachowskiego. Uczyłem Julkę w Brukseli francuskiego i angielskiego. Dziś po maturze w szkole europejskiej w stolicy Belgii dostała się bez problemów na SGH. Ten kierunek studiów ustaliliśmy wspólnie dziesięć lat temu… i jest! Nie ukrywam mojej dumy i nadal jej trochę matkuję, zwłaszcza, że… mnie nikt nie zamierza matkować.
Miewam lepsze i gorsze momenty psychiczne, ale muszę sam sobie dawać radę. Odnoszę wrażenie, że umiarkowanie kogokolwiek interesuję. Żona zajęta głównie pracą zawodową. Nie ma czasu, nie potrafi rozmawiać o moich bólach. Ja zresztą sam też nie bardzo chcę ją wprowadzać w rozterki starszego pana. 
O dzieciach i wnukach wspominać nie warto. Słowo lubimy się wystarczy.
Bo kogo obchodzi mój ból, że już nigdy nie będę blisko z żadną kobietą? Myślę, że wielu starszych panów przeżywa to samo, ale nie śmie, nie potrafi tego opisać. 
Całe życie musiałem sam walczyć o istnienie. Dzisiaj też, tylko coraz częściej zadaję sobie pytanie po co? Chyba jedynie strach przed śmiercią zmusza do życia. A jeśli już żyć to jakoś aktywnie, aż przyjdzie ten czas i uwolnię bliskich i znajomych od siebie. A czas biegnie. Niedawno odeszła Szczęsna Mili, radiowa koleżanka, szefowa redakcji reportażu w programie III Polskiego Radia. Współpracowałem z nią i innymi koleżankami. Skoro emitowano moje reportaże, to znaczy, że były dobre, bo Szczęsna była bardzo wymagające. Ti dzięki niej ukazał się skrócony reportaż o Michalinie Tatarkównie Majkowskiej. Inni nie mieli odwagi walczyć z cenzurą aby go nadać. Żegnało Ją spore grono dziennikarzy, starych kolegów i koleżanek. Nikogo z obecnego Radia nie było. I tak dobrze, że zamieścili wspomnienie na radiowej stronie internetowej.
I ledwo pochowaliśmy Szczęsną, a już wiadomość o śmierci następnej postaci wielce zasłużonej dla reportażu i słuchowisk radiowych. Zmarła Alina Słabczyńska szefowa redakcji reportażu w ramach redakcji literackiej PR.
Jesteśmy jej winni ogromny szacunek. Wszyscy, którzy w latach siedemdziesiątych prali się reportażem radiowym zawdzięczają jej swoją sławę i swoje sukcesy.
Jak słusznie zauważył jeden z ówczesnych kolegów, reporterów Witold Ślusarski z Krakowa: Alina, to najwspanialszy przyjaciel i wychowawczyni wielu pokoleń radiowych reportażystów. Cudowny człowiek, uczestniczka Powstania Warszawskiego, Bezinteresowny przyjaciel. To Ona w dużej mierze przyczyniła się do międzynarodowych sukcesów polskich reportaży radiowych. Żal, ogromny żal.
Obie odeszły z radia w stanie wojennym. Nie zaakceptowały ówczesnych porządków.
I jakby w odpowiedzi na mój ciągły postulat, żeby spotykać się za życia, a nie tylko na pogrzebach, Janka Jankowska zorganizowała spotkanie starej gwardii z redakcji reportażu Polskiego Radia, gdzie szefową była właśnie Alina.
Popłynęły wspomnienia. Był i Adam Budzyński, szef i Bożena Markowska, jak zwykle spóźniona i nawet Marysia Wiernikowska, reporterka, ale z zupełnie innej bajki. Poznałem ją w RFI w Paryżu, kiedy to było? Ze trzydzieści pięć, trzydzieści osiem lat temu. Marysia jest już babcią.
Dobiegły prace nad kolejną książką „Na Bank”, bardzo naukawą stworzoną wspólnie z prof. Krzysztofem Opolskim i dr Tomaszem Potockim.
Poza tym gram w reklamach, dwa razy w ciągu miesiąca. Raz jako stary legionista, a innym razem po prostu jako dziadek.
Sami i z Julką jeździmy tu i ówdzie
- Ja wujkowi zastępuję wnuki, które odwiedzają go bardzo rzadko.
No to chodzimy do teatru, jeździmy na wycieczki…
W kinach i teatrach, na razie bryndza. Spotykam się to z Ewą, to z Brygidą. Gidka przygotowuje jubileusz pięćdziesięciolecia mojej pracy dziennikarskiej. Ona jedna przejęła się, ona jedna chce coś zrobić dla mnie w tej materii… no Agnieszka myśli o cateringu…
Ostatnie dni września obfitowały w rodzinne spotkania. Odwiedziły mnie wnuczki, odwiedził mnie wnuk, a Kuba zaprosił na wspólne oglądanie meczu. Udało się wreszcie pogadać szczerze. Obaj byliśmy zadowoleni.
29 września przyjąłem trzecią dawkę szczepionki antycovidowej.
A za oknami „już jesień, królestwo niczyje”
„To jesień już, szafarka aspiryny,
to jesień już, panie majorze,
bolesny brydż i rozpacz złej godziny,
o Boże, Boże.

I klon, i dąb, i słoń, i koń się chwieje,
a tylko ja, ja patrzę i się śmieję.”
Październik zawitał złotą polską jesienią i bardzo udanymi wydarzeniami.
6 października odbyła się promocja dwóch książek, które napisałem wspólnie z profesorem Krzysztofem Opolskim, a przy części jednej z nich współpracowała też Ewa Opolska. „Historia ludzkiej chciwości” czekała na tę okazję (z powodu pandemii) ponad rok, a „Po co nam praca”, książka przyjechała prosto z drukarni. Spotkanie w Promie Kultury na Saskiej Kępie poprowadził niezawodny redaktor Krzysztof Michalski. Było chyba z 50 osób i trwało ponad godzinę. Zebraliśmy dużo gratulacji. Dla takich chwil warto pisać.
Trzy dni później odbyły się uroczystości związane ze 115leciem mojego liceum, I LO im. Mikołaja Kopernika w Łodzi. Z tej okazji również napisałem książkę zbierając wspomnienia byłych, żyjących jeszcze dyrektorów szkoły i przede wszystkim jej absolwentów. „Mój „Kopernik”, moja szkoła, moje wszystko” 
Ta szkoła emanuje czymś niezwykłym. Wydała tysiące wybitnych absolwentów, którzy gdy się spotkają gdzieś na świecie na hasło „jestem z Kopra” pomagają sobie wzajemnie. Najlepiej ujęła to długoletnia dyrektor Liceum, pani profesor Wiesława Zewald
„Otwierają się każde drzwi na hasło – jestem z Kopra. Obojętnie czy to kolega czy nauczyciel. Nie pozostawiają samym sobie tych, którzy pomocy potrzebują. Są wrażliwi i czuli. To dla mnie jest niezwykłe. I to właśnie jest to coś, co w moich uczniach dostrzegłam…tę inność. 
Kopernik był moją miłością pierwszą, prawdziwą i jedyną. 
Wychowywaliśmy i wychowujemy kwiat ziemi łódzkiej, ziemi polskiej, a może i kwiat świata, bo nasi absolwenci są wszędzie…”
Ukoronowaniem obchodów była wielka Gala. Tylu wspaniałych talentów, ile zaprezentowało się na scenie Teatru Muzycznego dawno nie widziałem. Szczęka mi opadła i długo pozostaję pod wrażeniem. Sam też odważyłem się wystąpić przypominając pierwszą piosenkę z kabaretu „Kiełbie we łbie”- „Gdy w mury kopra zawitały uczennice”, rok 1964.
A książka rozeszła się jak świeże bułki. Piszę ciąg dalszy. Dla takich chwil warto żyć

 


Wart odnotowania niemiecki film „Udine”. Undine Wibeau jest historyczką i pracuje jako przewodniczka w jednym z berlińskich muzeów. Prowadzi z pozoru zupełnie normalne i ułożone życie. Związany jest z nią jednak stary nordycki mit o zamieszkujących jeziora i rzeki istotach, które surowo karzą zdradzających je kochanków. To przede wszystkim film o wielkiej miłości. Kończy się tragicznie. Udine wchodzi w fale jeziora, kiedy jej ukochany wydaje się bez szans na przeżycie po wypadku, ale miłość jest wieczna nawet po śmierci.
Dla odmiany obejrzałem z wnuczkami „Małego księcia” w niecodziennej wersji. Zwyciężczyni programu "Mam Talent", Tetiana Galitsyna, wraz z Gwiazdą "Mam Talent" VLODYR-em, najszybszym malarzem na świecie oraz grupą artystów, przygotowywała unikalne widowisko – historię Małego Księcia wg. Antoine de Saint-Exupéry’ego, malowaną na żywo piaskiem, światłem i na wodzie, połączoną z grą aktorów, świateł i cieni oraz techniką szybkiego malowania (Speed Painting). „Mały książę”, jak wiadomo,  to genialna opowieść dla całej rodziny, która więcej mówi o życiu, niż grube, uczone księgi.
Dziewczynkom się bardzo podobało i mnie też, mimo, że jak mawiał Mały Książe, dorośli niczego nie rozumieją, ale w starszym wielu upodobniają się do dzieci.
W drugiej połowie października podziwialiśmy przepiękne kolory złotej jesieni w okolicach Folwarku Łękuk na Mazurach, na skraju Puszczy Boreckiej i w Nieznanicach. W pierwszym miejscu spacerowaliśmy (12 kilometrów jednego dnia) i zażywaliśmy sauny, kąpieli i masaży, w drugim ćwiczyliśmy argentyńskie tango. Folwark to znakomicie zorganizowany obiekt ze świetną obsługą.

 

Na początku listopada na Facebooku pojawiło się zdjęcie, który zapadł mi w pamięć w dziecinnych czasach. Na Piotrkowskiej przy delikatesach często stał pan, trochę ospowaty, który z kartonu zawieszonego na piersiach sprzedawał sznurowadła, spinacze do włosów, grzebienie. 
„Dobe stalowe, dobe, pani kupi. Nie idzie pani, nie idzie” – pamiętam do dziś

Nazywał się Henryk Szuchter
Inny dosłowny cytat z tego pana : dobre pinacze talowe, kup pani, kup! Znowu ku.. wy nie kupują.
Kawałek historii Łodzi, której nie ma.
* * *
Niemal co noc, na ranem kłębią się w głowie różne myśli, strzępy wspomnień z najróżniejszych sytuacji, spotkań z kobietami, marzenia o nowych spotkaniach, które pewnie nigdy się nie spełnią. No cóż życiowy bagaż daje o sobie znać. Nawet nie sposób spisać te myśli, bo one są tak małe, jak kawałeczki podartej kartki.
Clint Eastwood w jednym z ostatnich wywiadów słusznie stwierdził:
„Jedyny wniosek, do którego dochodzi się z wiekiem - a ja już jestem po dziewięćdziesiątce, więc tu można mi zaufać - brzmi: wiemy tak mało. Żyję już całe wieki i nie zastanawiam się, czy to, co robię, jest jeszcze dla kogokolwiek ważne. Jest ważne dla mnie, bo daje mi przyjemność. Ja po prostu lubię znajdować sobie robotę. A umiem tylko to: robić filmy.”
Ja nie ma jeszcze tak dostojnego wieku, a umiem tylko pisać, więc notuję moje spostrzeżenia, refleksje, wspomnienia i też nie zastanawiam się, czy ktoś je kiedyś przeczyta. Po prostu czuję taką potrzebę.
Notuję, więc, że świetnie rozmawia mi się z moją wnuczką Anią, że przyjemność sprawiają mi spotkania z przyszywaną wnuczką Julką i patrzę jak robi postępy i rozkwita na studiach.
Z przyjemnością chadzam do teatru z moim wnuczkami, a już to na eksperymentalny Teatr Piasku Tetiany Galitsyny wykorzystujący różne techniki komputerowe. Tetiana Galitsyna, wraz VLODYR-em, najszybszym malarzem na świecie oraz grupą artystów, przygotowywała unikalne widowisko – historię Małego Księcia wg. Antoine de Saint-Exupéry’ego, malowaną na żywo piaskiem, światłem i na wodzie, połączoną z grą aktorów, świateł i cieni oraz techniką szybkiego malowania (Speed Painting). Dopełnieniem niezapomnianego, ponadgodzinnego show, jest przepiękna oprawa muzyczna, poruszająca najgłębsze emocje i przenosząca nas na magiczną planetę Małego Księcia.
Niestety, „Opowieść wigilijna” według Dickensa w wykonaniu tego samego zespołu i w tej samej konwencji nie była już tak dobra. I ja i dziewczynki mieliśmy poczucie dłużyzn.
Również z raem z wnuczkami obejrzeliśmy świetny musical „Tajemnica Tomka Sawyera” na Scenie Relax, w wykonaniu młodego, ale bardzo zgranego zespołu z dobrą muzyką, ciekawą scenografią i choreografią.
Na tej samej scenie równie udany musical „Abonament na szczęście” do piosenek Agnieszki Osieckiej z Olgą Bończak w roli głównej. Słuchając tych piosenek miałem nieodparte wrażenie, że niektóre są wyłącznie dla dorosłych, bo któż pamięta, co to był CDT (Centralny Dom Towarowy) w Warszawie, a w jednym z utworów padają na przykład słowa: „wsadziłam pół CDTu na twój grzbiet”… ech łezka się w oku zakręciła”.
I dobrego teatru ciąg dalszy… W Teatrze Polskim „Wiśniowy sad” w reżyserii Krystyny Jandy. Świetny!!! Wybitna reżyseria, klasyczna, bogata scenografia i bardzo dobra gra aktorska z Grażyną Barszczewską na czele, ale nie tylko ona. W roli Anii    Dorota Bzdyla, Waria: Dorota Landowska, Leonid Gajew: Jerzy Schejbal. W roli Jermołaja Łopachina: Szymon Kuśmider, Szarlota Iwanowna: Joanna Trzepiecińska i w reszcie w epizodyznej rólce Firsa znakomity, stary Krzysztof Kumor. Cóż za aktorstwo! 
W samej sztuce wydobyto to co najważniejsze: przemijanie. Stare musi odejść. Nasze przywiązania, nasze tradycje przegrywają z nadchodzącymi zmianami. Rzeczywistość zabija stare wartości. 
O przemijaniu jest też najnowszy film Woodiego Allena „Hiszpański romans”. Starszy pan,  Rifkin, wykładowca literatury i pisarz  przyjeżdża do Hiszpanii na festiwal w San Sebastian z żoną, rzutką i odnoszącą sukcesy specjalistką od PR, opiekunką młodego, obiecującego reżysera, istotnie pretensjonalnego, ale oklaskiwanego. Rifkin nie bez niejakiej słuszności podejrzewa, że tych dwoje przeżywa płomienny romans, stąd sam nieporadnie usiłuje przeżyć chociażby letnią przygodę. Zupełnym przypadkiem poznaje lekarkę Jo, do której niebawem biega pod byle pretekstem, ale kobieta, mająca swoje problemy z niewiernym mężem, ani myśli uciekać do Nowego Jorku za przygodą. Ich spotkanie jest pretekstem do nakreślenia historii o dwojgu ludziach uwikłanych w niesatysfakcjonujące związki, służących sobie za terapeutów. 
Cóż, w pewnym wieku trudno myśleć o romansie, coś na ten temat wiem i przeżywam to często, ale warto mieć chociaż złudną nadzieję. „Dziewczyny, które mam na myśli, powychodziły za mąż już”, a te młode i piękne mogą ewentualnie chwilę uprzejmie pogawędzić. Ale właśnie dla tych i takich chwil warto jeszcze żyć. Rozumiem Allena i odbieram go bardzo osobiście.
I tu idiotyczna ciekawostka. Film ten jest niemal bojkotowany w Stanach Zjednoczonych, bo… Woody Allen podejrzewany jest o molestowanie seksualne swojej adoptowanej córki. Nikt go nie osądził, ale fama krąży i niszczy. Świat zwariował!!!
Na szczęście nie ma oskarżeń w stosunku do Pedro Almodóvara, którego najnowszy film i słusznie święci triumfy. „Matki równoległe” to historia dwóch samotnych kobiet, rodzą w tym samy momencie i w tym samym szpitalu i... losy ich i ich dzieci splatają się w zupełnie niespodziewanych momentach ich życia. Albowiem po prostu zostały zamienione.
Jak to u Almodóvara, świetne studium psychologiczne kobiet. Kandydat do Oskara dla najlepszego filmu nieangielskojęzycznego.
Jednakże wydarzeniem końca roku był mój jubileusz 50lecia pracy dziennikarskiej. Odbył się 13 grudnia w Sali widowiskowej Promu Kultury na Saskiej Kępie. 

Ponieważ 13 grudnia zobowiązywał przygotowałem duodram na podstawie moich zapisków więziennych z okresu internowania „Z życia wyjęci”.
Przeczytali je, bardzo dobrze, moja przybrana siostra Brygida Turowska i Leszek Służewski, a przy fortepianie zasiadł Piotr Majchrzak, a potem był już jubileusz. 
Wprowadzenie dał sam Tadziu Zwiewka, film przygotował Marcin Gruza, a laudacje filmowe przesłali: Andrzej Seweryn, ambasador Jan Wojciech Piekarski i Michał Bajor wraz ze specjalnie wykonaną dla mnie piosenką „Nie chcę więcej”. Były też laudacje na żywo:  profesor, sędzia Jerzy Stępień, z którym zasiadałem w prezydium I Zjazdu „Solidarności”, Wojciech Warski i Business Center Club i Ewa Opolska w imieniu własnym i Krzysia Opolskiego.

Brygida świetnie wykonała „Modlitwę” i na zakończenie „Mury” Jacka Kaczmarskiego, przyjęte owacją na stojąco. Jestem głęboko przekonany, że publiczność odebrała je bardzo aktualnie…

Ale ja też odważyłem się, za namową Brygidy i z jej udziałem” wykonać jedną piosenkę: „Powroty” Janusza Słowikowskiego i Piotra Hertla, którą kiedyś śpiewaliśmy w Studenckim Teatrze Satyry „Pstrąg”. Udało się!!!
Jednakże przygotowania wprawiły mnie w niebywałą frustrację. Bałem się, że będzie mało gości na sali. Odebrałem, bowiem wiele smsów i telefonów z przeprosinami, że niestety… Poza tym pandemia. To spowodowało, że na scenie byłem szalenie spięty, jak nie ja.
A tu proszę sala pełna. Po prostu przyszli ci, na których nie liczyłem, ale za to… kapitan Krzysztof Baranowski, z Łodzi przyjechał specjalnie mój kolega z klasy Jacek Strzelecki, moja trenerka Gosia Mączyńska, senator Jerzy Stępień, ambasadorowie Andrzej Towp[ik i Sławek Czarlewski, Wojtek Szeląg!!! z Polsatu itd. itp. Długo by wyliczać…
A moja żona ofiarowała mi kosz czerwonych róż. Pierwszy kosz kwiatów w moim życiu. Jesteś wielka!!!
I tak dobrnąłem do końca 2021 roku, a nowy 2022 powitaliśmy w domu w towarzystwie niezastąpionych przyjaciół Marysi i Andrzeja Odachowski i ich młodszych dzieci. Hubert rośnie na bardzo inteligentnego młodzieńca, a pięcioletnia Zosia nie schodziła mi z kolan. Dziękuję.


powrót

 
Klauzula informacyjna

Szanując prawo do prywatności osób, które powierzyły mi: Krzysztofowi Turowskiemu swoje dane osobowe, w  tym osób korzystających z usług moich kontrahentów i ich pracowników, chcę zadeklarować, że pozyskane dane przetwarzam zgodnie z krajowymi i europejskimi przepisami prawa oraz w warunkach gwarantujących ich bezpieczeństwo.

Aby zapewnić transparentność realizowanych procesów przetwarzania, przedstawiam obowiązujące u mnie zasady ochrony danych osobowych, ustanowione na gruncie rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, dalej „RODO”).

Administratorem Pani/Pana danych osobowych, czyli podmiotem decydującym o celach i sposobach przetwarzania danych osobowych, jest Krzysztof Turowski zamieszkały w Warszawie (03 – 963), ul. Bajońska 13 m 1. W celu uzyskania dodatkowych informacji dotyczących zasad i sposobów przetwarzanie danych mogą Państwo skontaktować się ze mną telefonicznie pod numerem + 48 501 572 219.

Przeczytaj dokumenty dotyczące zasad bezpieczeństwa i prywatności


Ustawienia ciasteczek

W związku z korzystaniem ze strony internetowej https://www.krzysztofturowski.pl (dalej: „Strona Internetowa”) uprzejmie informuję, że jako Krzysztof Turowski zamieszkały w Warszawie (03 – 963), ul. Bajońska 13 m. 1, tj. operator i właściciel Strony Internetowej, korzystam z plików typu cookies (ciasteczka). 

Pliki cookies to dane informatyczne przechowywane na urządzeniu korzystającego ze Strony Internetowej. Zapisywane są przy każdorazowym korzystaniu ze Strony Internetowej i umożliwiają późniejszą identyfikację korzystającego przy ponownym połączeniu ze Stroną Internetową z urządzenia, na którym zostały zapisane. Pliki cookies zazwyczaj zawierają nazwę strony internetowej, z której pochodzą, czas przechowywania ich na urządzeniu końcowym, unikalny numer oraz inne niezbędne dane. Przy czym wykorzystywane są pliki stałe (np. służące optymalizacji nawigacji – przechowywane w urządzeniu użytkownika przez czas określony w ich parametrach lub do czasu ich usunięcia przez użytkownika) i sesyjne (np. umożliwiające prawidłowe funkcjonowanie Strony Internetowej poprzez zapamiętanie rozdzielczości wybranej przez użytkownika – przechowywane w urządzeniu użytkownika do czasu zakończenia sesji przeglądarki internetowej).

Pełna treść polityki plików cookies.